~SETNY POST~


Uznałem, że nie będę się silił na to, żeby setny post ociekał jakimś specjalnie inspirującym tworem.
Wystarczy, że ocieknie Panną Gagą.

Dziękuję Wam za (już prawie) 8000 odwiedzin. Dziękuję za 216 komentarzy.
Dziękuję tym, którzy niejednokrotnie byli dla mnie inspiracją -
bez nich i wspólnie przeżytych chwil, niewiele by powstało.

Krnąbrnie czekam na więcej i więcej.

xoxo  
Vaphel Boy ;]

human behaviour

Ze wszystkich stron osaczają mnie doradcy twierdzący, że mi nie wolno, że nie powinienem. Mówią, gadają, paplają, a tylko jedna, czy dwie potrafiły mnie zwyczajnie objąć. Reszta dalej stara się pomóc "zachować twarz". Prawda jest taka, że nie mam twarzy. Nie zdołałem wybrać tej odpowiedniej maski, a jedyną optymalną jest ta ludzka. Jednak przymierzam wszystkie, tak jak mi każą, chociaż i tak wiem, że żadnej nie polubię, żadnej nie pozwolę oszpecić mojej ludzkiej, człowieczej twarzy. Na półkach uśmiechy, smutki, wściekłości, bóle, kpiny, zdziwienia, rozmarzenia, zadowolenia, zmęczenia, rozżalenia i tysiące innych grymasów. Zakładam je, oglądam i chociaż niektóre zdają się pasować, to żadna nie uroni łez, nie krzyknie, ani nie zawyje ze zgryzoty.
Przymierzając wycieram nimi łzy, tłumię pod nimi krzyki, ale nic... zupełnie nic nie jest w stanie wymazać, kryjącej się za prawdziwą twarzą, wyrozumiałości.

Wiara z reguły bywa zgubna, tym bardziej wiara w ludzi.
Wierzeń się jednak nie zmienia, bo wtedy wiara nie byłaby wiarą.

formspring.me

VAPHELicious http://formspring.me/waafel

I just wonder

Zastanawia mnie to i zawsze będzie to moim przekleństwem... dlaczego jesteśmy tak upośledzeni, gdy spotykamy na naszej drodze ludzi dobrych? Jestem na tyle bezczelny, że uważam się za dobrego człowieka i nie potrzebuję szukać zapewnień z zewnątrz, bo w zupełności wystarczy mi mój własny rachunek sumienia. Oczywiście biorę pod uwagę moją błędną, całkowicie ludzką naturę i też szanuję opinie, które poważania są warte, tak aby nie popadać w skrajne samouwielbienie.
Rzecz w tym, że są ludzie... ludzie, którzy widzą więcej, którzy czują więcej, którzy są całkowicie i zupełnie nieobecnie w świecie tak kruchych i chwiejnych wartości tych, którzy widzą mało, mało czują, ale są równie szczęśliwi. Ci pierwsi jednakże szczęśliwi są, bo czują się nie tyle co uświadomieni i bardziej wolni, ale zwyczajnie i banalnie - lepsi. Ci drudzy... no cóż, chyba nie wiem skąd wynika ich szczęście, bo nie zwykłem utożsamiać się z nimi, ale jestem pewien, że jakieś tam swoje proste racje może i mają. Z góry przepraszam. To od Was jednak zależy z kim się utożsamiacie i to w Was siła, aby z grupy drugiej awansować do pierwszej. Gdzieś w środku, zaraz koło serca, drzemie we mnie poczucie, że jednak sprawiedliwość ma rację bytu i nie wierzę, aby ktokolwiek nie był w stanie ogarnąć umysłem tego, co inny (tymczasowo lepszy) homo sapiens. Sęk w tym, że problem z wybiciem się zaczyna się już na początku, od zwyczajnego (wybaczcie kolokwializmy): "Na chuj człowieku czegokolwiek i komukolwiek zazdrościsz, tak jakbyś sam nie był tego wart.". O tak właśnie! Zawiść nigdy nie była tak popularna... chociaż... w sumie chyba zawsze była popularna. Mniejsza z tym. Jeśli chcemy się wybić ponad stan małpy, która zazdrości innej banana, to sami sobie go (ku..rczę!) znajdźmy (zważmy też na to, że ta co ma, nie skupia się na tym, że ktoś nie ma, czyli generalnie ma prawo czuć się bardziej szczęśliwa, tym samym lepsza, od tej, która żółtego owocu nie posiada). Choć może i nie trudno to opisać, to nie powiem, aby ten pierwszy mur... był orzechem... tym łatwym do zgryzienia. Wyzbycie się zawiści jest okrutnie trudne kiedy już od najmłodszych lat programowani jesteśmy na zdobywanie, na posiadanie, na eksponowanie swoich osiągnięć. Mi zajęło to... około pięć lat. Dopiero po tym czasie nauczyłem się być małpą, która cieszy się z tego, że inna ma banana (może wspólnie się z niego ciesząc, zechce mnie nim poczęstować).
Znów to zrobiłem. Zacząłem od dobrych ludzi, a zniżyłem się do opisywania naszych najniższych popkulturowych instynktów. Zawiść jednak w dużym stopniu jest blokadą, która sprawia, że w dobrych widzimy tych, co czują się lepsi. A czemu nie pozwolimy im czuć się lepszymi? Bo jesteśmy zazdrośni. Nie przyznamy się, że przy nich czujemy się mali, słabi i nic nie warci. Nie spróbujemy ich posłuchać. Łatwiej jest uznać ich za ludzi głupich, próżnych, zupełnie "nieżyciowych" (tacy również oczywiście istnieją). Nie staramy się czerpać i chłonąć lepszości. Wolimy, kogoś zgnoić i zrównać z szeregiem - wtedy czujemy się bezpiecznie. Obawiamy się autorytetów, które śmią współegzystować razem z nami, co gorsza... nieopodal.
Tak. Cholera! W ciągu dnia tysiąc razy czuję się lepszy (nie tylko dlatego, że wchodząc do tramwaju potrafię przydzwonić o coś głową). Czuję się dobry i lepszy w tym, że nie zamykam się na tych, których niekoniecznie stawiam na równi ze sobą, a chcę i usilnie dążę do tego, aby razem ze mną doświadczali urokliwego (aczkolwiek momentami bardzo bolącego) doświadczania tejże lepszości. Dlaczego bolącego? Ano właśnie dlatego, bo są ci co zazdroszczą, a nawet Biblia mówi, że to nieładne, że to zwyczajnie... ZŁE. Niech nie dziwią się też, że sami w tym swoim złym się kiszą i gniją, czując ciągłe wymioty i wstręt na widok tych z życia zadowolonych, tych nie zazdrośników. Boli mnie to, że byłem dobrym... nie! boli mnie to, że ktoś nie potrafił tego docenić, bo to, że się na tym przejechałem teraz i to, że jeszcze niejednokrotnie dostanę kopa w dupę jest wkalkulowane w bycie dobrym. Do sińca na tyłku przyłożę jednak poczucie wyższości, a Wy, czy też Ty, tudzież ona, on, bądź ono dalej będzie wiecznie niezadowolonym, ślepym, głuchym, nieporadnym, niewdzięcznym (i-co-tam-jeszcze-chcielibyście-dodać) idiotą, tępakiem, debilem (czy-jak-tam-potraficie-to-jeszcze-określić).

Dziękuję. Dobranoc.

Jaromir

Długi korytarz - na dwadzieścia metrów. Na ścianach drewniane zdobienia rodem z lat siedemdziesiątych. Kilka pokoi: dwa po sześć łóżek, jedno z trzema, izolatka, pokój pielęgniarek, i "zabiegowy". Osobny świat oddzielony od tego rzeczywistego trzema bramami z wstawkami z matowego szkła, które w magiczny sposób dodaje tajemniczości każdej, stojącej za nimi, osobie. Dalej: dwa korytarze - jeden stanowiący kolejny tor przeszkód dla potencjalnego uciekiniera, drugi - istna twierdza z windą na klucz i magnetycznie zatrzaśniętymi drzwiami. Później już tylko schody w dół i labirynt szpitalnych korytarzy. Wszystko to obstawione dwudziestoczterogodzinną strażą w białych fartuchach.
Co tu robię? Czego chcę od pracujących lekarzy? Sam dobrze nie wiem.
Wszystko zaczęło się w pewien felerny poniedziałek - nienawidzę poniedziałków. Przygnębiony trudną relacją z mama wpadłem w stan załamania nerwowego, jednak nie jestem pewien, patrząc na to jak szybko wróciłem do siebie, na ile załamanie to było prawdziwe, a na ile zwyczajnie odegrane niczym kolejna z etiud teatralnych, nie różniąca się niczym od tych przedstawianych na zajęciach.
Gdy po dwunastej w nocy (czyli już we wtorek) przestałem histerycznie śmiać się i płakać w jednej chwili i wpadłem w kolejny etap, polegający na niekontrolowanym zaspokajaniu swoich wszelkich zachcianek, czekałem na łóżko w tym, tak pasującym do mojego stanu behawioralnego, miejscu. Jedną ze wspomnianych chęci była przejażdżka wózkiem inwalidzkim po szpitalnym korytarzu. Rozglądając się czy nie ma nikogo w pobliżu, kto byłby gotów mnie zganić, tak jak robi się to z rozgrymaszonymi sześciolatkami, rozłożyłem podstawki na stopy i usiadłem na tym fascynującym powozie. Podróż była wyborna, z nieopisaną radością pędziłem z szybkością wprost proporcjonalną do siły w moich ramionach i zachwycałem się wyśmienitą zwrotnością tego zmyślnego pojazdu.
- Dominik! - z dezaprobatą zakrzyczała za mną - rajdowcem mama - Chodź, chcą cię zważyć.
Zawróciłem więc zręcznie i pomknąłem z powrotem do pokoju pielęgniarskiego izby przyjęć.
- Stań na wadze - przykazała spora w swoich rozmiarach, jedna z tych z miłością w twarzy, pielęgniarka.
Zrobiłem jak kazała. Siedemdziesiąt siedem, dwieście. "To przez ciuchy." pomyślałem, grzecznie wychodząc z pokoiku, aby dalej oddawać się oczekiwaniu na miejsce w niecodziennym przybytku.
Już! Proszę mnie. Wstaję i idę za pielęgniarką, a za nami podąża moja mama, której nerwy naraziłem na tak bezduszne zszarganie. Potem krótkie , obojętne pożegnanie w, wspomnianej wcześniej, twierdzy z windą i wycieczka krajoznawcza, po mrocznych już o tej porze, korytarzach. Za drugą "matową bramą" - "światełko w tunelu". To kolejna "matka zastępcza" tego miejsca wypatruje komuż to zachciało się postradać zmysły o tej porze, w środku nocy.
Doprosiłem się mojej tabletki nasenno-uspokajającej i zostałem zaprowadzony do największego - sześcioosobowego pokoju. O jego rozmiarach oczywiście przekonałem się dopiero rano, otwierając zaklejone wyschniętymi łzami oczy. Ze strachem wsłuchiwałem się w niespokojne, obce oddechy podczas oczekiwania, aż wilgotne źrenice przyzwyczają się do wszechobecnej ciemności. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie upewniłem się, że potencjalne pięć schorowanych dusz leży spokojnie w swoich łóżkach, a nie - tak jak myślałem - stoi nieopodal i wpatruje się we mnie, planując, jak od pierwszych chwil tu spędzonych, uprzykrzyć mi życie.
Nie wiem jak długo tak leżałem i odzyskiwałem zdolność racjonalnego myślenia, w końcu jednak ściągnąłem spodnie i bluzę, po czym zanurzyłem się w szorstką, wykrochmaloną, szpitalną pościel. Jeszcze kilka niezgrabnych myśli i nareszcie usnąłem.
Podejrzewam, że była to godzina piąta, bądź szósta, gdy ledwie przytomnego zabrali mnie do "zabiegowego" i pobrali krew, aby sprawdzić, czy aby na pewno (pomimo moich stanowczych zaprzeczeń) nie byłem pod wpływem środków psychoaktywnych. Zanim wróciłem do upragnionej, potraktowanej wcześniej tak po macoszemu, pościeli, musiałem jeszcze oddać mocz do jałowego pojemniczka.
Rankiem pobudka była odrobinę mniej drastyczna, zamiast żądnej krwi igły powitało mnie donośne nawoływanie na poranną gimnastykę i niezgrabnie wyartykułowane przez pielęgniarkę pytanie o moje imię. Niechętnie wycedziłem trzy, chodzące za mną od siedemnastu lat, sylaby i z kpiną wyobraziłem sobie siebie pokornie wstającego i robiącego idiotyczne pajacyki na korytarzu. Brak udziału w porannych ćwiczeniach wydłużył mój sen o piętnaście minut, po których machinalnie ubrałem, trochę już pachnące, wczorajsze rzeczy. Dwóch odzianych wcześniej kolegów wymieniło ze mną uścisk reki i po chwili chwiejnym krokiem podążyłem po ich śladach do świetlicy, w której wydawano śniadania. Podano mi herbatę i dwie kromki chleba z bliżej nieokreśloną, dokładnie rozsmarowaną, substancją, która zmotywowała mnie do porannego postu i zaspokojenia żołądka jedynie dwoma szklankami taniej, niedobrej herbaty. Oszołomiony siedziałem i sączyłem to, co Anglik uznałby za profanację. Obserwowałem, przetwarzałem i starałem się ustalić, jak powinienem odbierać to miejsce, a co najważniejsze, jak mam w nim funkcjonować.
Po śniadaniu wspólne spotkanie pacjentów z lekarzami i tak zwana "rundka", czyli odpowiedź na pytanie o to, jak się dziś czuję. Nie pamiętam co wyszeptałem szarpiącym się w gardle głosem.

the crying light

Gdzieś głęboko skrywa się mała osóbka bez siły do życia. Skrywa się mały subiektywny chłopiec, który jest przekonany, że ma ciężko. Chłopiec ten ukrywa na co dzień wszelkie narzekania, zakopuje żyjące problemy. Są jednak chwile gdy one, jak Uma Thurman w Kill Bill 2, roztrzaskują swoje trumienki i wygrzebują się na wierzch. Wtedy z oczu chłopca lecą łzy. Szczere łzy bezsilności. Swój triumf celebruje słabość i rozżalenie.
Same, infantylnie brzmiące, kłopoty nie są kwintesencją tego rozczulenia. On po prostu wie, że jest zdany na siebie. Nikt mu przecież nie pomoże, skoro to on jest od pomagania innym. Gdzie ma szukać oparcia jeśli sam jest stabilną barierką dla innych - chwiejnych. Te chwile to jego własny, osobisty, prywatny problem na wyłączność, nie ten z rodzaju tych zakwalifikowanych do rozprzestrzenienia w eterze.
Są sprawy tak indywidualne, z pozoru błahostki, które w rzeczywistości bolą jak wrastający paznokieć.

Miałem ojca.
Nie mam ojca.


Niedługo będę go miał.



W tym problem.

KLIK?

yeah... but what's goin' on?!

Wielka pisanina, wiele zawiłości i osobistych, niemożliwych do odszyfrowania metafor. A gdybym miał zapytać siebie samego: "No... ale co się dzieje?!", to z trudem wykrztusiłbym kilka zdań prostych, złożonych jedynie z orzeczenia i domyślnego podmiotu - ja (gdyż ostatnio nawet moja egzystencja nie jest niczym oczywistym, a jedynie czymś pozostającym w sferze owego domysłu).

(Ja) wstaję.
(Ja) idę, bądź nie.
(Ja) mówię.
(Ja) robię/siedzę/leżę.

Czasem też...
(Ja) jem/piję/palę.

A wszystko to zmiażdżone ciężkim...
(JA) MYŚLĘ.

Jedyną zmianą jest to, że ostatnimi czasy...
(Ja) kocham kogoś.
... i to uratowało się przed myśleniem, ochoczo podrygując gdzieś w bliskiej mi przestrzeni.


Jednak, to nie burzy mojego spokoju, który mam ochotę zmyć z twarzy. Okazuje się, że gdzieś między jednym, a drugim refleksyjnym tripem, zafundowałem sobie makijaż permanentny w postaci zupełnego zblazowania.

Teraz pozostaje mi tylko pytać:

"Czy nie umrę kiedyś z nudów przez przewidywalność mojego życia?".

i

"Czy da się oduczyć przewidywania?"