Tak starożytnie.

Ciąży nade mną fatum. Fatum szczęścia i pomyślności.

Mogę się bronić, użalać nad sobą, ale zawsze coś mi szepcze do ucha, że jednak w każdej chwili mam prawo się uśmiechać.

Momentami jest to nie do wytrzymania.

Tak bardzo chcę.

Nakładam maskę spokoju, a tymczasem we mnie wszystko się burzy, buduje na nowo, ewoluuje i przybiera nieznane mi dotąd kształty.
W mózg wżera się żal do tego, co dał mi życie i do tego, co dał mi złudzenie, i do tych, którzy (nawet nieświadomie) kąsają.
Potrzebuję choć jednej części życia, która będzie całkowicie pod moją kontrolą, przyziemnego, oschłego faktu, który pomoże czuć się bezpiecznie. Nie znoszę poczucia zależności.
Jest coś jeszcze.... Tak bardzo chcę.

Vaphel

starszy brat

Chcę wrócić do siebie. Złapać się za rękę i przekonać, że wszystko się ułoży. Udowodnić sobie, że jeszcze kiedyś będę wdzięczny losowi za cowieczorne poczucie bezsilności i rzeki wylanych łez. Faktycznie, wracam do siebie. Biernie wracam. Ten mały Dominik zamknięty w pętli czasu nie czuje mojej troski, bo nie wie, że ma prawo ją odczuwać. Tak więc ja czuję! Czuję troskę przyszłości i swoje dwudziestoparoletnie opiekuńcze ramię. W takim razie przyszłość mi niegroźna, czuwam nad sobą nie tylko ja, ale trzy moje JA - ja wczoraj, ja dziś i ja jutro. Co złego może mi się przytrafić? Skoro jako zła nie pojmuję końca wszystkiego, to chyba nic.

Czytaj to Dominiku! I czuj, że ja (już odchodzący do przeszłości) jestem z Tobą.

Przykrości wzbogacają, przyjemności prowadzą do ubóstwa.

Vaphel

Wyproś mnie, nawet teraz!

Stało się! Ożywiona dusza, przepełniona energią, taka dociekliwa, wszędobylska... stała się introwertycznym obserwatorem. Teraz otwiera się rzadko.

Najgorszy jest cały ten pieprzony dystans nawet do własnej osoby, nie traktuję poważnie nawet siebie samego - swoich uczuć i emocji. Wszelkie decyzje to wynik rozumnej kalkulacji, w którą zgrabnie wplatam duże ilości ryzyka - pseudo spontaniczność.

Nie ma dla mnie powrotu - nie sądzę abym był w stanie ogłupieć i zupełnie przestać zastanawiać się nad wszelkimi działaniami (moimi jak i Waszymi). Przez swoją misję poznania siebie popadłem w niezbywalną już rutynę rozkładu siebie na czynniki pierwsze.
Dziś świadomie się gubię, świadomie tęsknię, rozpamiętuję, napawam się moimi depresyjnymi stanami, składam hołdy metafizyczności zaniedbując fizyczność.

Jutro świadomie będę podciągał kąciki ust ku górze, pokazywał niekoniecznie białe zęby, patrzył na Was radosnym spojrzeniem. Zrobię to dla Was, dla Nas... dla tego wytworu kultury (bądź jej zatracaniu się), której sami zaciekle bronimy, nie widząc jak niszczące są jej działania.
A więc bawmy się... jeśli jednak ktoś mnie nagle wyprosi, to bez chwili namysłu wstanę i wyjdę, gdyż ten rodzaj rozrywki dawno mi się przejadł.

Vaphel
"Czwórka ze skrzydłem pieć: 4w5 - "Włóczęga"

Skrzydło 5, daje czwórce introwertyczne zachowanie, odsuwanie się od innych, złożoną osobowość. Ta czwórka może być intelektualistką ale posiada wyjątkową głębię uczuć. Jest otwarta na duchowe i estetycznie doznania. Znajduje wiele znaczeń dla prawie wszystkich zdarzeń. Może posiadać silną potrzebę i umiejętność aby realizować się artystycznie. Samotnik, wygląda tajemniczo i jest trudna do "rozszyfrowania". Do świata zewnętrznego podchodzi z rezerwą, ale wewnętrznie bardzo go przeżywa. Gdy się w końcu otwiera, to bardzo gwałtownie i całkowicie, bez żadnych oporów.
W stresie, 4w5 bardzo łatwo popada w alienację i depresję. Wiele czwórek z tym skrzydłem ma odczucie zupełnej inności, jakby pochodziły z innej planety. Narzeka na swój obecny los, wspomina i przeżywa wiele razy zdarzenia z przeszłości. Dość często ma posębne oblicze, odsuwa się od innych z uczuciem zawiedzenia lub poczuciem wstydu. Żyje we własnym świecie bólu i straty. Może mieć bardzo chorą duszę, wyobrażać sobie i interesować się własną śmiercią."

Po raz trzeci zmienia mi się typ, ale tym razem doskonale wiem dlaczego... przez kogo i przez co.

srebrny półśrodek

Doskonale pamiętam te niekończące się wieczory, gdy siedząc od zachodu do wschodu słońca objadaliśmy się serowymi przysmakami, wypijaliśmy rzeki wina i donośnie się śmiejąc, wypuszczaliśmy z płuc smugi dymu.
Kpiliśmy ze świata i ludzi w nim żyjących, tak jakby on nas zupełnie nie dotyczył, tak jakbyśmy wcale nie byli jego częścią. To zaczynało się z reguły skromnie, od kilku słów krytyki na temat wspólnie niepodziwianych osób (nie było takich, których byśmy nie lubili - nie traciliśmy czasu na negatywne odczucia). Wraz z niknięciem słońca, zagłębiając się w tworzenie portretów psychologicznych otaczających nas ludzi, wypływaliśmy na tematy bezkresne. Byliśmy jak Kolumb i Vasco da Gama - szukaliśmy naszych Indii - celu w życiu. Sterczeliśmy nad mapami próbując rozgryźć sposób zazębiania się trybików rzeczywistości.
Czuliśmy się wolni i wszechmocni stojąc na uboczu wszystkiego i wszystkich. Po każdym z tych wieczorów szliśmy spać pewni, że jesteśmy gotowi więcej się nie obudzić. Ta ucieczka wbrew pozorom nie nosiła znamion desperacji. My byliśmy tymi najszczęśliwszymi! Każdy dzień prowadził donikąd, gdyż podróży mieliśmy dość. Byliśmy starcami zamkniętymi w młodych ciałach. Kiedy inni, z pozoru podobni nam, biegali po świecie z przekonaniem, że go zdobędą, my dojrzale pogodziliśmy się z faktem, iż ten świat jest już zdobyty i roznegliżowany jak nigdy wcześniej. Oni nie wiedzieli, że są jak sępy i kęs po kęsie oddzierają płaty jego skóry. Powtarzaliśmy, że jesteśmy jak bandaże na te bolesne rany, a jedyną rzecz będącą powodem chwilowych chandr, stanowiła świadomość, iż nigdy nie uratujemy tej niewinnej czasoprzestrzeni. Ran przybywało.
To była nasza idylla. Było wspaniale. Było póki była...
Kolejna rana.

be true, be the love... marznę.

Czy jedynym właściwym i prostym sposobem na życie jest bycie głupcem?
Chciałbym wierzyć, że nie marnuję czasu na zadawanie pustych pytań. Jednak, gdy tak stoję przy oknie i zastanawiam się w jaki sposób opisać kłębek myśli, czuję na sobie wyczekujące spojrzenie księżyca, widzę smugi chmur błyszczące w jego świetle i tą małą samotną gwiazdę. Niżej cztery komunistyczne wieżowce, bliżej prostokątny blok (w nim okno kuchenne przyjaciółki), a zaraz za parapetem kilka rozłożystych koron drzew (dobrze, że mogę spoglądać na nie z góry). Na framudze zeszyt, a nad nim ja, gryzę długopis dobierając słowa.
We mnie same pytania i świadomość, że dziś; ani nigdy nie uzyskam na nie odpowiedzi. Pytania ważne, zupełnie jak na nasze czasy nie modne, zbyt wybujałe, pytania bez przyszłości i celu; nieambitne.
Może świat dzieje się tylko w naszych świadomościach (czymkolwiek by one nie były)? Chciałbym wiedzieć co jest prawdą, poznać źródło wszystkiego, genezę każdego pojęcia werbalnego. Ale gdy tylko jedna taka zgubna myśl wkradnie się w umysł, zakwestionować można wszystko (czyli nic). Myśl, że wszystko i nic jest złudzeniem. Myśl, że wszystko jest niczym, a nic wszystkim.
Świat jest jak ubrania z H&M - wyglądają, zachwycają ale wystarczy je kupić, uprać kilka razy, a okazują się nie być tak doskonałe.
Ja świata nie kupię nigdy, choćby nawet ostał się na wyprzedaży jesiennej kolekcji cudownych brązów i szarości.
Zmarzłem... znowu.